wtorek, 31 sierpnia 2010

Pada deszcz i pada nastrój

Pogoda iście listopadowa. Zimno, wilgotno, mroczno.
Zleceń nie dostaję, ofert współpracy też nie.

Zrobi się wreszcie jaśniej w moim życiu, czy nie?
Niech coś wreszcie zaiskrzy!

niedziela, 29 sierpnia 2010

Obawy

Nie mogę dodzwonić się do lekarza prowadzącego, by dowiedzieć się, co u Daniela. Obawiam się bowiem, że dyssymulując polepszenie samopoczucia, dadzą mu przepustkę, a on pojawi się w domu z teściową i bratem alkoholikiem, aby zabrać co cenniejsze przedmioty.
Już kiedyś to przerabiałam. Naprawdę boję się takiej awantury. Ani ja, ani dzieci nie potrzebujemy takich sensacji.

Uciec stąd, uciec, chcę stąd uciec...

sobota, 28 sierpnia 2010

Nie zwariować

Na jakiś czas ustąpiła panika, jaka mnie dopadła, gdy Daniel uciekł do szpitala. Pojawiają się możliwości nawiązania dobrej współpracy dla mnie. Ukończyłam renomowana uczelnię na atrakcyjnym kierunku. Mam kilkunastoletnie doświadczenie w swoim zawodzie, ale ostatnie lata pracy to były właściwie same zlecenia umowy, praca zdalna. Musiałam przecież doglądać dzieci i chorego męża. W ten sposób wypadłam z realnego obiegu w pracy, z układów i znajomości. Teraz muszę sobie sama szukać zleceń, a to nie jest takie proste i takie szybkie.

Chciałabym, bardzo bym chciała sobie poradzić. Stanąć dumna i wyprostowana i powiedzieć mu, że nie jestem od niego uzależniona, że nie zginęłam, jak to sobie wyobrażał i mi mówił. A tak najbardziej, to chciałabym poradzić dla własnej satysfakcji, bo po tylu latach zmagań z tą okropną chorobą i 'dziwacznym' mężem, sama utraciłam wiarę we własne możliwości.

Gdyby ktoś wiedział o dobrej pracy dla zdalnego redaktora, niech mi da znać. Pomoże w ten sposób uratować mi moją rodzinę.

czwartek, 26 sierpnia 2010

Nic nie wiem, nic nie wiem

Miałam dziś zatelefonować do szpitala do lekarza prowadzącego Daniela, ale zeszło mi dużo czasu na kolejce po brakujące podręczniki dla dzieci, w kolejce na poczcie, na zakupach i gotowaniu. Kiedy się 'obrobiłam', było już zbyt późno.
Inna rzecz, że nie bardzo mam chęć na dowiadywanie się. Sama nie wiem, co robić. Podejrzewam, że siedzi tam otępiały i nie widać poprawy. Czeka, aż wymusi na mnie ustąpienie. Robi to nieświadomie, albo świadomie.

No to tym razem się nie doczeka. Zranił mnie tak bardzo, że nie znajduję już w sobie tego współczucia, co dawniej. Robiłam wszystko, co mogłam, by mu pomagać, a on mnie wyzwał, oskarżył o działanie na swoją niekorzyść, uznał za winną jego choroby oraz sytuacji, w jakiej znalazła się nasza rodzina. Jednym słowem zmieszał mnie z błotem i uciekł.

A ja i dzieci jesteśmy przerażeni ogromem zobowiązań finansowych, jakie na zostawił. mamy o  wiele więcej do spłacania, niż wynoszą nasze dochody. Jeśli nie znajdę szybko dodatkowych zleceń, nasz los będzie bardzo, bardzo niepewny.

wtorek, 24 sierpnia 2010

Upór i niewiadoma

Jestem uparta, bardzo.
Kiedy ktoś mnie zrani, zdradzi, zawiedzie, odrzuci, odwracam się i sama nie przebaczę. Ta osoba musi pierwsza  wykonać ruch, przeprosić, dopiero wtedy otwiera się moje serce na wybaczenie.

Wobec chorego Daniela przez 10 lat zaprzeczałam temu. wybaczałam, choć mnie ranił, odrzucał, wyzywał, ranił. Pierwsza wyciągałam rękę i ignorowałam własny ból i zawód. Ale teraz już nie mogę. To nie ma sensu i to mnie niszczy.

Odsunę się i zacznę własne życie obok. Nie mogę mu pomagać, kiedy tego nie chce.

On nie odzywa się i liczy, że pęknę, jak dotychczas. Ale do mnie wrócił upór. Albo- albo.

Strach pomyśleć, czym to się może skończyć.

poniedziałek, 23 sierpnia 2010

Przyjaciele

Jeśli chodzi o rodzinę, to oprócz dzieci i męża, nie mam nikogo bliskiego, ale mam kilkoro Przyjaciół. Właśnie sobie z dwiema porozmawiałam via telefon i skype) i jest mi troszkę lżej. Jak to człowiek potrzebuje drugiego i jak potrzebuje dobrego słowa i zrozumienia. Nawet jeśli ten drugi nie może mu pomóc bezpośrednio, to sama obecność, dobre myśli, uśmiech i życzliwość potrafią rozjaśnić ciemności beznadziei.

Trochę mi lżej.

Poza tym zawiozłam dziś jedno podanie o pracę w mieście, gdzie mieszkam i odezwał się do mnie Klient z Niemiec, który ma dla mnie spore zlecenie.

Hurra!

Jeszcze, jeszcze kilka dobrych wiadomości i może wróci mi nadzieja :)

PS. Daniel nadal się nie odzywa.

Nie dam rady

Obudził mnie strach w nocy. A nigdy wcześniej to się nie zdarzało.

Jeśli szybko nie znajdę pracy, utoniemy....

Niech nam ktoś pomoże!

niedziela, 22 sierpnia 2010

Brzytwa?

Czuję się jak w przysłowiu, czuję się, jakbym spadała na w otchłań i łapała się nawet brzytwy. Otacza mnie samotność i nikogo nie obchodzi, że ze mną dzieje się źle. Spadam i nie mam się czego zahaczyć.

Miewam momenty w ciągu dnia i nocy, kiedy nie widzę wyjścia z sytuacji i wpadam w panikę i rozpacz. Czy znajdę jakiś grunt pod nogami?
Ratunku!

sobota, 21 sierpnia 2010

Zawieszenie

Ja nie chodzę do szpitala, a on się nie odzywa. każde z nas uważa, że większą winę ponosi to drugie. Nie ma szans na porozumienie, bo Daniel tkwi w psychozie i zaburzenia myślenia i obrazu rzeczywistości nie pozwalają mu na obiektywizm. Po mojej stronie nie ma nikogo, kto by poświadczył moja wersję. Czyli pat.

Zobowiązania wyskakują z każdej strony, aż boję się je sumować. Może lepiej byłoby przestać się zamartwiać i  spłacać, co się da. Szukać usilnie pracy i nie tracić nadziei? Może i tak, ale podświadomość i tak mnie straszy, budzi w środku nocy i nie pozwala na sen. wszystko we mnie dygoce z niepewności i bezsilności.

Jestem zmuszona do swoistego egocentryzmu, bo nie mogę oderwać myśli od swoich problemów.

Niech ktoś wreszcie wyciągnie do mnie pomocna rękę i pozwoli pracować.

czwartek, 19 sierpnia 2010

Otępienie uczuciowe

Od kilku dni Daniel usiłuje znowu zrobić ze mnie służącą: przynieś mi to, wypierz te rzeczy, wyprasuj, pójdź do lekarza w sprawie renty itp.itd.
Za nic nie podziękuje, a co jakiś czas serwuje spostrzeżenie, że jego matka to robi tak, ja nie, albo wprost wmawia mi, że jestem niemiła i niedobra. Sama rozkosz.

Dziś w szpitalu usiadł naprzeciw ze spuszczoną głową i bez wzruszenia słuchał, kiedy mówiłam mu, że nie mam dzieciom za co kupić chleba, podobnie koty i pies nie mają co jeść. Miał pożyczyć od matki, ale oboje stwierdzili, że ja mogę potem nie oddać, więc nie pożyczą. No i teściowa wie, że wnuki nie mają co jeść, a nie da nawet dychy na bułki.

Olewam to. Mam ich gdzieś. Napisałam o tym, by pokazać, jak są niewzruszeni i obojętni na los - już nie mówię mój - ale dzieci, które niczemu nie zawiniły.

marnie to wszystko się zapowiada. Jak nie znajdę dobrej pracy, nie wiem, co z nami będzie. Stracimy mieszkanie i chyba zostaniemy bezdomnymi.
A dzieciaki są zdolne ponad przeciętną, same 5 i 6. Syn dostał się do programu 'Diamenty", który jest dla najzdolniejszych uczniów.

Czuję się bezsilna, mimo, że mam tak wiele możliwości. Brakuje mi układów i tego, by mnie ktoś wziął do dobrej pracy.

Ratunku!!!!

wtorek, 17 sierpnia 2010

Dołowanie

Przebudziłam się i już wiedziałam, że adrenalina złości i buntu z ostatnich dni odpłynęła, a wkrada się podstępne zwątpienie i depresja. Potrzebuję jak kania dżdżu motywującego zdarzenia: oferty współpracy, wygranej, zrozumienia i pocieszenia. Nie chcę zsuwać się z tej równi pochyłej w coraz głębszy smutek. Niech się wydarzy coś dobrego!

poniedziałek, 16 sierpnia 2010

Po rozmowie

Rozmówiłam się z nim. Poszedł na ugodę, ale ja wiem, że to tylko prolongata w czasie. Nawet gdy stanę na głowie, wcześniej lub później pojawi się kolejny kryzys.
Nie czuję satysfakcji, ba, właściwie czuję się pokonana. Gdyby nie dobro dzieci, nie poszłabym na żadne układy, ale odeszła. Niestety lepiej będzie przemęczyć te kolejne miesiące i zmniejszyć zadłużenie, a może nawet wyjść na prostą. Musze się tego uczepić, skoro na męża nie mogę liczyć.

Wymiękam

Obudził mnie nad ranem jeden z naszych kotów, a potem już nie mogłam zasnąć, choć byłam senna. Od wielu lat jestem 'sową'. Pracuję do późna w nocy, a rano odsypiam. Jednak ostatnie tygodnie żyję w głębokim stresie, a kiedy nie mam zajęcia, uruchamia mi się intensywne myślenie i wyobraźnia podrzuca różne warianty, z których część mnie mocno 'elektryzuje'. Wówczas o śnie nie ma mowy. I tak było dzisiaj.

Wyszłam z psem na poranną rosę, a teraz siedzę przed kompem i walczę z wieszająca się nową (testową) wersją Firefoxa.

Wymiękam odnośnie Daniela. Rozważałam różne warianty rozwiązań naszej sytuacji i żadna nie jest dobra. Może dobrze by było ustąpić i przez kilka miesięcy poudawać, pounikać tego, co go drażni. W ten sposób doprowadzić do spłacenia i wyprostowania choćby części długów. Potem dopiero podjąć decyzję, co dalej.
Nie wiem, nie wiem. Boję się bardzo nieodwracalnych, a niedobrych rozwiązań.

niedziela, 15 sierpnia 2010

Wezwanie i rozczarowanie

Modliłam się dzisiaj żarliwie o jakiś cud, o uzdrowienie, o rozjaśnienie umysłu, o rozwiązanie sytuacji.

Około 14.00 zadzwonił nieznany numer, a kiedy odebrałam, odezwał się Daniel.

- Czy możesz przyjść porozmawiać?
- Mogę, ale nie chcę już słuchać, że to moja wina i że ja jestem wszystkiemu winna.
- OK. Przyjdź, to porozmawiamy. Przyjdziesz?
- Przyjdę, jak zrobię dzieciom obiad.

Czyżby 'cud', czyżby coś do niego dotarło, coś mu się rozjaśniło? Tak bardzo chciałam w to wierzyć, ale intuicja we mnie drżała, nie  dowierzała i bała się.

Poszłam z 'duszą na ramieniu'.
Czekał w korytarzu. Poszliśmy do świetlicy, gdzie nikogo nie było.

No zaczął od nowa swoją 'gadkę': jestem niedobra, niemiła, nie wspieram go, doprowadziłam go do takiego stanu, jestem winna, winna, winna. Muszę się zmienić według jego wymagań, bo jeśli nie, to on tym razem skutecznie odbierze sobie życie. A jeśli nie, to odejdzie, wynajmie sobie pokój i będzie żył osobno. I tak w koło Macieju.
To, co mówiłam obracał na moją niekorzyść. W końcu wstał i poszedł sobie. ja też wstałam i zdruzgotana wyszłam ze szpitala.

Nie wiem, czym to się skończy. Co w tej jego chorej głowie się teraz wykluje, jakie podejmie decyzje.
Nie wiem, czy postąpiłam właściwie. Może znowu powinnam był robić dobra minę do złej gry i udawać, że jakoś to będzie.

Nie jest dobrze, a może być dużo gorzej. To kwestia dni, w jakim kierunku potoczy się akcja tego naszego życia.

sobota, 14 sierpnia 2010

Roboczy dzień

Dziś skupiłam się przede wszystkim na pracy fizycznej: zakupy, pranie, sprzątanie, niemyślenie.

Już - niestety - dobija się we mnie współczucie. Żałuję go, że jest taki chory. Jaka szkoda, że on nie żałuje mnie...

Jednak dopóty, dopóki nie przeprosi i nie  poprosi, abym przyszła, nie pójdę do niego do szpitala. Uciekł tam sam, zastrzegł, że nie chce się ze mną kontaktować, więc nie będę. Nawet nie chcę. Trochę spokoju od  jego obecności dobrze nam wszystkim zrobi.

piątek, 13 sierpnia 2010

W szpitalu

Od wczesnego rana źle się czułam, a kiedy z trudem wstałam, oczy miałam podpuchnięte, ból głowy nie reagował na  żadne środki. Ale zmobilizowałam się i wybrałam się do szpitala, w którym wylądował Daniel. Nie udało mi się uniknąć spotkania z nim. Chodził po korytarzu. Potem okazało się, że oczekiwał teściowej. Najpierw mnie minął, potem wrócił i spytał, czy chcę porozmawiać.
- O czym? - zapytałam
- O tym, jak się zachowujesz.
- A jak się zachowuję?
- No tak właśnie, atakujesz mnie i nie wspierasz. - wiedziałam już, że nie ma sensu na dłuższą rozmowę. Nadal tkwił w swoim chorym widzeniu i usilnie chciał go potwierdzić prowokując moje przyznanie się do winy i przeprosiny.
Powiedziałam, że jak zacznie jaśniej widzieć rzeczywistość, wie, jak się ze mną skontaktować i poszłam do kolejki pod gabinetem ordynatora.
Potem jeszcze czekałam do gabinetu lekarza, który prowadzi Daniela w szpitalu i tam wpadła na mnie teściowa. Zaskoczona, niemile, coś tam na mnie nagadała, odwróciła się i odeszła. Chyba też chciała do lekarza Daniela.

Tyle relacji.
A co czuję?

Dziś dokucza mi migrena i ogólne osłabienie, więc mało myślę o Danielu i naszej sytuacji. Jeszcze tylko kolacja dla dzieciaków i położę się do łóżka, zażyję swoje najmocniejsze leki na migrenę i mam nadzieję, że jutro obudzę się w lepszej kondycji.

środa, 11 sierpnia 2010

Nic nie wiem

'Życzliwa' znajoma wywiozła Daniel do całkiem innego szpitala, niż te, w których zawsze lądował. Nie wiem, gdzie jest. Nie chciał mi powiedzieć.
Proszę bardzo. Nie będę poszukiwała. Jest w końcu pod fachową opieką.
Jutro pójdę zamiast niego na wizytę do lekarza, który od kilku miesięcy ma go pod opieką i - zdaje się - pracuje w szpitalu, gdzie teraz przebywa Daniel. Gość prawdopodobnie nie zna całej historii choroby mojego męża i opiera się jedynie na tym, co od niego słyszy i co widzi na wizytach. A Daniel jest taki miły do wszystkich obcych. Przypuszczam też, że ma zakłamane informacje na mój temat zarówno od Daniela, jak i od 'życzliwej' znajomej.  Nie powiem, zabolało mnie, gdy sobie uświadomiłam, jak złe mają zdanie na mój temat.
Przetrawiłam już to, a złość utopiłam podczas zmywania naczyń.

Zbieram nowe zlecenia. Nastawiam się na ostrą pracę. Koncentruję się na dzieciach. Nie poddam się. Poradzę sobie! Tak, taki właśnie ma zamiar!

wtorek, 10 sierpnia 2010

Przeczuwałam

Może właśnie dlatego, że tak bardzo się takiej sytuacji obawiałam, tak się stało. Daniel 'uciekł' do szpitala zostawiając na stole 20zł dla mnie i dla dzieci. Poprosił o odwiezienie kobietę, która wpędziła go w ten kryzys. Wywiozła go do innego miasta. Nawet nie wiem do którego szpitala.

Nie będę go szukała. Już nie. Ma opiekę medyczną, posiłki i dach nad głową. To ja zostałam na pastwę losu z jego długami. Mam w sobie tyle buntu, złości, rozczarowania i bezsilności, że chyba wysprzątałam całe mieszkanie i jeszcze mi coś zostanie.

A tak najbardziej, to potrzebuję zleceń, zleceń i jeszcze raz zleceń! To one pozwolą nam utrzymać się na powierzchni i nie stracić nadziei.

Przynajmniej już nie musimy patrzeć na jego wrogie miny i odczuwać tej specyficznej aury osoby chorej psychicznie i naładowanej nieuzasadnioną złością.

3majcie z nas kciuki!

poniedziałek, 9 sierpnia 2010

Nie jest dobrze

Oby nie było gorzej....

Oznaki depresji biorą u niego górę. Nie wziął się dzisiaj do żadnej pracy. Siedzi i kiwa się, albo leży. Odrętwiały i zatwardziały. Dawniej do tego nie dopuszczałam, jeśli miałam jakikolwiek wpływ. Teraz brak mi motywacji i siły. Jego długotrwały chłód uczuciowy zamroził, a może zabił moje uczucia. Nie czuję powodu, aby szarpać się, poniżać i własnym kosztem dźwigać do normalności.
To on mnie odpycha, wyzywa, obwinia, a potem czeka, żebym mimo wszystko wyciągała rękę? Nie mam już siły i nie mam powodu. Sam dogasił we mnie ledwo tlące się jeszcze nie tak dawno współczucie.

Nie wiem, co będzie. Nie poszedł na termin do lekarza. Nie wiem, czy ma jeszcze leki i czy je zażywa. Boję się tak bardzo, że wszystko we mnie wydaje się być struchlałe.

To nie jest sprawiedliwe!
Nie będę rzucać w przestrzeń i czas pytania "dlaczego!?" Nikt nie zna odpowiedz.

Ani ja, ani moje dzieci nie zasłużyliśmy na taki los....

niedziela, 8 sierpnia 2010

Niepełnosprawność uczuć

Nie wzrusza go mój smutek, niepokój dzieci, nienormalność sytuacji.
Kolejny raz jest obrażony i traktuje mnie, jak śmiecia. To ja jestem winna, że on jest obrażony, bo ośmieliłam się tym razem stanąć w obronie mojego dziecka. Dziewczyna z osiedla rzucała w nią jajkami. Mnie to wzburzyło, więc krytykowałam postawę jej i jej rodziców. Danielowi się to nie spodobało i wyzwał mnie, a potem urażony przestał się odzywać.

Dziecinada, prawda?

Ale ja tak mam od 10 lat. Muszę ustępować, bo wypada, żeby ktoś zachowywał się racjonalnie. Jednak takie ustępowanie przeze mnie doprowadziło do manipulacji. Dzięki chorobie wszystko zawsze mu się upiekło. Ale w pewnym momencie zabrakło we mnie 'paliwa'. Nie da się w nieskończoność brać wszystkiego na siebie, udawać, że nic się nie stało, wybaczać, choć nikt nie prosi cię o wybaczenie. Zużył we mnie całe pokłady empatii, współczucia, nadziei, miłości i życzliwości. Na koniec wyzwał mnie od najgorszych i stwierdził, że nie chce być ze mną.

Z mojej strony o mało nie powiedziałam 'hurra!'. W końcu jednak powiedziałam, że 'Odejdziesz, ale wtedy, kiedy wyrównasz pozaciągane długi.'

Wiem, że kiedy zostanie sam, wpadnie w depresję i może sobie coś zrobić. W najlepszym wypadku wyląduje na wiele miesięcy w szpitalu na oddziale zamkniętym. A ponieważ nie mamy intercyzy, wierzyciele zgłoszą się do mnie, choć nie zgłaszali się, kiedy udzielali mu kredytów.

Daniel ma hopla na punkcie pieniędzy. Nie umie oszczędzać. Wydaje wszystko, co ma na bieżąco, a sporo na kredyt. Doprowadził do sytuacji, że jesteśmy zapętleni w długach. Kiedy on wyląduje w szpitalu, ja nie udźwignę wszystkich zobowiązań. Oto dlaczego jestem zmuszona tkwić w tym patowym położeniu.

Jakieś rady?

sobota, 7 sierpnia 2010

Jak to możliwe

Tkwię w tym od 10 lat. W małżeństwie ze schizofrenikiem. 'Tkwię' jest adekwatnym określeniem, bo mimo, że jestem osobą energiczną, zaradną i stanowczą, nie mam - póki co - wyjścia z istniejącej sytuacji.
Nie mogę odejść. Potem wyjaśnię, dlaczego.
Nie akceptuję tego, co jest. A jest to - poczucie bycia nieszczęśliwą, oszukaną, osamotnioną.

Mam dwoje wspaniałych, ładnych, zdolnych i wyjątkowych dzieci. Oni - choć nie wiedzą - sprawiają, że nie tracę zmysłów, że wierzę wbrew nadziei, że budzę się, oddycham, pracuję, a czasem nawet się śmieję. Los zadrwił ze mnie bardzo i nie wiem, czy jeszcze coś wyrwę z niego dla siebie. Jednak idę dalej. Ale dokąd dojdę?