Z pomocą przyjaciół i wykorzystaniu ich dobrej energii i mądrych rad, udaje mi się powoli wracać do jako takiej równowagi. Pod względem fizycznym zrobiłam tyle, że zgłosiłam się do swojego lekarza i obecnie jestem na etapie robienia badań. Pierwszy raz mam poważne problemy z wysokim ciśnieniem i jestem na stałych lekach obniżających je.
Daniel pojawia się w domu na przepustkach, udaje, że nic się nie stało, a ja robię swoje starając się nim nie przejmować. Monity pojawiają się w skrzynce, a ja pracuję ile mogę, aby powoli spłacać te najgorętsze.
Nie wiem, co będzie dalej, ale trzeba iść naprzód, więc stosuję metodę Scarlett 'pomyślę o tym jutro'.
Na dworze zrobiło się szaro, mokro, jesiennie, ale na moich oknach jeszcze zielenią się liście winogron i fioletowo ożywiają je kwiaty powoju. Rano widzę je zaraz po obudzeniu i mimowolnie się do nich uśmiecham.
poniedziałek, 27 września 2010
Praca nad wyciszeniem i zdystansowaniem się
poniedziałek, 20 września 2010
Sie działo
Ostatni tydzień miałam straszny i to w dosłownym tego słowa znaczeniu.
W środę po południu niespodziewanie, jak nigdy wcześniej, miałam koszmarny atak bólu w okolicach mostka. w minutę oblałam się ciężkim potem, nie mogłam złapać oddechu i nie mogłam znaleźć żadnej dogodnej pozycji. Odczuwałam to jak ból w żołądku, więc nie mogłam zażyć żadnego leku. Po ponad pół godzinie męki, poprosiłam, aby 11-letni syn zatelefonował po pogotowie. Przyjechali sami sanitariusze, nic nie mogli mi pomóc tylko chcieli zabrać do szpitala. Odmówiłam i zażyłam według ich sugestii dwie No-spy i coś przeciwbólowego. Zapytałam, czy na taki żołądek jest sens, ale nie odpowiedzieli. No dobra, nie będę Was zanudzać szczegółami.
I tak wylądowałam na izbie przyjęć. Zrobiono mi błyskawiczne badania i koniecznie chciano zamknąć na oddziale. Dzieci przerażone siedziały i czekały na wyrok. Nie są takie małe, ale nikt z nas nie był przygotowany na takie zajście. Widziałam, że im nie jest do śmiechu, a było już około 22.00.
Dopiero ostatnia z lekarzy, kobieta, objęła całość sytuacji, a ponieważ mieszkamy obok szpitala, pozwoliła mi wrócić do domu z zastrzeżeniem, że jakby co to mam natychmiast wołać pogotowie i wrócić do szpitala. Po 23.00, na własnych nogach i całkiem samotnie z badaniami i receptami w ręku, w plastikowych trepkach i w deszczu wróciłam do domu.
Byłam tak naćpana lekami z kroplówek, że kiedy padłam do łóżka, to jeszcze po 16 godzinach byłam nieprzytomna i miałam problemy z dobudzeniem się. Ból na szczęście odpuścił. Wykupiłam leki, zażywam je i funkcjonuję. Ale co to mogło być!?
Daniel był przez kilka godzin w domu na przepustce. Ganiał mnie przez cały tydzień: a to potrzebował picia, a to ciuchów. Załatwiliśmy mu mobilny Internet i dostał pozwolenie na pracę w szpitalu na laptopie. Wczoraj zaniosłam mu laptopa na kilka godzin, a o 18.00 miałam go odebrać (nie chce go zostawić w szpitalu). Zatelefonował pół godziny wcześniej i zażądał, bym natychmiast przyszła odebrać komputer. Burzył się, kiedy powiedziałam, że coś robię i muszę to skończyć. Dotarłam do niego jeszcze prze 18.00 i mówię spokojnie:
- Widzisz, byliśmy omówieni na 18.00, a jest za pięć. Nie powinieneś się tak na mnie złościć. Wzięłam laptopa, a wychodząc zażartowałam do dyżurnych (bo ja lubię żartować), że teraz jestem firma transportową. Uśmiechnęliśmy się do siebie i poszłam sobie.
Po 19.00 zatelefonował Daniel i wściekły poinformował, że jak śmiałam się tak zachowywać i że w związku z tym mam mu więcej nie przynosić laptopa....
Poryczałam się. Ręce mi opadły.
To ja wbrew sobie (dla dobra dzieci) robię wszystko, by go uruchomić, by coś zaczął robić. Znoszę jego instrumentalne traktowanie, naprawdę się staram, a on jeszcze ma pretensje.
Córka i przyjaciółka poradziły mi, bym odpuściła. Nie odzywała się do niego. Że to już nie jest sama choroba, ale wygodnictwo i zwykłe chamstwo.Niech siedzi w tym szpitalu i bąki zbija! Mam się wziąć za siebie. Nie zamartwiać się narastającymi długami.
Nie wiem, czy z tymi wszystkimi monitami sobie poradzę?
I taki oto był mój tydzień.
W środę po południu niespodziewanie, jak nigdy wcześniej, miałam koszmarny atak bólu w okolicach mostka. w minutę oblałam się ciężkim potem, nie mogłam złapać oddechu i nie mogłam znaleźć żadnej dogodnej pozycji. Odczuwałam to jak ból w żołądku, więc nie mogłam zażyć żadnego leku. Po ponad pół godzinie męki, poprosiłam, aby 11-letni syn zatelefonował po pogotowie. Przyjechali sami sanitariusze, nic nie mogli mi pomóc tylko chcieli zabrać do szpitala. Odmówiłam i zażyłam według ich sugestii dwie No-spy i coś przeciwbólowego. Zapytałam, czy na taki żołądek jest sens, ale nie odpowiedzieli. No dobra, nie będę Was zanudzać szczegółami.
I tak wylądowałam na izbie przyjęć. Zrobiono mi błyskawiczne badania i koniecznie chciano zamknąć na oddziale. Dzieci przerażone siedziały i czekały na wyrok. Nie są takie małe, ale nikt z nas nie był przygotowany na takie zajście. Widziałam, że im nie jest do śmiechu, a było już około 22.00.
Dopiero ostatnia z lekarzy, kobieta, objęła całość sytuacji, a ponieważ mieszkamy obok szpitala, pozwoliła mi wrócić do domu z zastrzeżeniem, że jakby co to mam natychmiast wołać pogotowie i wrócić do szpitala. Po 23.00, na własnych nogach i całkiem samotnie z badaniami i receptami w ręku, w plastikowych trepkach i w deszczu wróciłam do domu.
Byłam tak naćpana lekami z kroplówek, że kiedy padłam do łóżka, to jeszcze po 16 godzinach byłam nieprzytomna i miałam problemy z dobudzeniem się. Ból na szczęście odpuścił. Wykupiłam leki, zażywam je i funkcjonuję. Ale co to mogło być!?
Daniel był przez kilka godzin w domu na przepustce. Ganiał mnie przez cały tydzień: a to potrzebował picia, a to ciuchów. Załatwiliśmy mu mobilny Internet i dostał pozwolenie na pracę w szpitalu na laptopie. Wczoraj zaniosłam mu laptopa na kilka godzin, a o 18.00 miałam go odebrać (nie chce go zostawić w szpitalu). Zatelefonował pół godziny wcześniej i zażądał, bym natychmiast przyszła odebrać komputer. Burzył się, kiedy powiedziałam, że coś robię i muszę to skończyć. Dotarłam do niego jeszcze prze 18.00 i mówię spokojnie:
- Widzisz, byliśmy omówieni na 18.00, a jest za pięć. Nie powinieneś się tak na mnie złościć. Wzięłam laptopa, a wychodząc zażartowałam do dyżurnych (bo ja lubię żartować), że teraz jestem firma transportową. Uśmiechnęliśmy się do siebie i poszłam sobie.
Po 19.00 zatelefonował Daniel i wściekły poinformował, że jak śmiałam się tak zachowywać i że w związku z tym mam mu więcej nie przynosić laptopa....
Poryczałam się. Ręce mi opadły.
To ja wbrew sobie (dla dobra dzieci) robię wszystko, by go uruchomić, by coś zaczął robić. Znoszę jego instrumentalne traktowanie, naprawdę się staram, a on jeszcze ma pretensje.
Córka i przyjaciółka poradziły mi, bym odpuściła. Nie odzywała się do niego. Że to już nie jest sama choroba, ale wygodnictwo i zwykłe chamstwo.Niech siedzi w tym szpitalu i bąki zbija! Mam się wziąć za siebie. Nie zamartwiać się narastającymi długami.
Nie wiem, czy z tymi wszystkimi monitami sobie poradzę?
I taki oto był mój tydzień.
czwartek, 16 września 2010
Jestem, jestem
Na trochę umilkłam, bo się źle czułam. Po interwencji pogotowia o mały włos nie zamknęli mnie w szpitalu. Na szczęście pani doktor ulitowała się nad moimi przerażonymi dzieciakami i puściła mnie do domu. Uff!
Na szczęście to nie był zawał, co podejrzewano, ale chyba silny, paraliżujący atak bólu żołądka. Matko, naprawdę myślałam, że zejdę. Na izbie przyjęć zrobiono mi ekspresowe badania, a potem naszpikowano kilkoma kroplówkami, z których 'wychodziłam' kilka dni, bo na co dzień nie zażywam leków uspokajających.
Ech, sama też się przestraszyłam i postanowiłam dbać o siebie przynajmniej tak samo, jak o dzieci.
A u Daniela lekka poprawa. Zaczyna przyznawać się, że przesadził z ta 'jazdą' po mnie. Chce pracować kilka godzin w szpitalu i ma pozwolenie na laptopa. No zobaczymy.
Ja wciąż nie mogę załapać się na dobre i długie zlecenia, co zasadniczo rozwiązałoby moje problemy finansowe i wpłynęło na samopoczucie.
I tak to leci....
Na szczęście to nie był zawał, co podejrzewano, ale chyba silny, paraliżujący atak bólu żołądka. Matko, naprawdę myślałam, że zejdę. Na izbie przyjęć zrobiono mi ekspresowe badania, a potem naszpikowano kilkoma kroplówkami, z których 'wychodziłam' kilka dni, bo na co dzień nie zażywam leków uspokajających.
Ech, sama też się przestraszyłam i postanowiłam dbać o siebie przynajmniej tak samo, jak o dzieci.
A u Daniela lekka poprawa. Zaczyna przyznawać się, że przesadził z ta 'jazdą' po mnie. Chce pracować kilka godzin w szpitalu i ma pozwolenie na laptopa. No zobaczymy.
Ja wciąż nie mogę załapać się na dobre i długie zlecenia, co zasadniczo rozwiązałoby moje problemy finansowe i wpłynęło na samopoczucie.
I tak to leci....
niedziela, 5 września 2010
Jasna strona życia :)
Zdaję sobie sprawę, że ktoś czytając ten młody blog może sobie pomyśleć, że oprócz tego nieszczęścia, nic więcej nie dzieje się w moim życiu. Ale tak nie jest :)
W gruncie rzeczy jestem osobą pogodną, z dużym poczuciem humoru i dystansu do siebie, życzliwą i empatyczną. Jestem także zaradna i dzielna. Mam kilkoro bardzo bliskich przyjaciół, trochę oddalonych w przestrzeni, ale dzięki Internetowi i telefonom zawsze dobrze zorientowanych we wzajemnych radościach i problemach. Ogromną moją radością i dumą są dzieci, bardzo zdolne w ogólnym pojęciu, jak i artystycznym. Chodzą do szkoły muzycznej i od samego początku odnoszą tam spore sukcesy. Nad ich szkolnymi i innymi potrzebami czuwam właściwie samodzielnie. Daniel nawet nie wie, jak wygląda większość ich nauczycieli i co obecnie dzieje się w szkole.
Wożę więc i przewożę te moje pociechy na zajęcia i z zajęć na zajęcia, stopuje przed braniem na siebie kolejnych kółek, klubów i imprez, bo wszyscy chcą ich mieć u siebie :) Pilnuję, by wyglądem i zaopatrzeniem nie odróżniali się od grupy rówieśniczej. Dziś, na przykład, jedziemy na koncert mojego ukochanego Mietka Szcześniaka, z którym znam się jeszcze z Krakowa.
Nie jestem smutasem i maruderką, ale ten blog założyłam, by tu się 'wykrzyczeć', bo to przynosi mi pewną ulgę emocjonalną. Tak więc przepraszam za nagromadzenie w nim negatywnych odczuć. Czasem wrzucę coś z naszej dobrej strony życia, której - na szczęście - jest więcej :)
W gruncie rzeczy jestem osobą pogodną, z dużym poczuciem humoru i dystansu do siebie, życzliwą i empatyczną. Jestem także zaradna i dzielna. Mam kilkoro bardzo bliskich przyjaciół, trochę oddalonych w przestrzeni, ale dzięki Internetowi i telefonom zawsze dobrze zorientowanych we wzajemnych radościach i problemach. Ogromną moją radością i dumą są dzieci, bardzo zdolne w ogólnym pojęciu, jak i artystycznym. Chodzą do szkoły muzycznej i od samego początku odnoszą tam spore sukcesy. Nad ich szkolnymi i innymi potrzebami czuwam właściwie samodzielnie. Daniel nawet nie wie, jak wygląda większość ich nauczycieli i co obecnie dzieje się w szkole.
Wożę więc i przewożę te moje pociechy na zajęcia i z zajęć na zajęcia, stopuje przed braniem na siebie kolejnych kółek, klubów i imprez, bo wszyscy chcą ich mieć u siebie :) Pilnuję, by wyglądem i zaopatrzeniem nie odróżniali się od grupy rówieśniczej. Dziś, na przykład, jedziemy na koncert mojego ukochanego Mietka Szcześniaka, z którym znam się jeszcze z Krakowa.
Nie jestem smutasem i maruderką, ale ten blog założyłam, by tu się 'wykrzyczeć', bo to przynosi mi pewną ulgę emocjonalną. Tak więc przepraszam za nagromadzenie w nim negatywnych odczuć. Czasem wrzucę coś z naszej dobrej strony życia, której - na szczęście - jest więcej :)
sobota, 4 września 2010
To coś nie tak...
Od wczoraj nie mogę pozbyć się uczucia, z jakim wyszłam po rozmowie z lekarzem i Danielem. mam wrażenie, jakby ktoś wylał na mnie wannę pomyj. Całe moje starania, cierpliwość, nadzieja, wyrozumiałość, samozaparcie, zostało ocenione zupełnie na opak. Wyszło na to, że jestem heterą i Ksantypą w jednym. Jestem despotyczna, niemiła, agresywna, nie wspieram męża i przyprawiam go o gorsze samopoczucie. Jednym słowem cała ta choroba i całe to zło wzięło się przeze mnie. Brrrrr!
Uderzył mnie na przykład jeden fragment z rozmowy. Daniel skarżąc się (wcześniej) lekarzowi, jaka to ja nie jestem okropna przytoczył takie wydarzenie:
Podczas jednej z moich wizyt przechodziliśmy obok szpitalnej palarni, pełnej - w tym momencie - i mocno zadymionej. Była otwarta, więc ją zamknęłam mając na względzie pozostałych, którym ten dym mógł przeszkadzać. Nie miałam żadnej złej intencji, ot zwykły odruch, ten sam, kiedy np. przechodzę w szkole naszych dzieci koło kibelka, którego drzwi są otwarte i dla ogólnego bezpieczeństwa je zamykam.
A tu okazało się, że Daniel uznał to za agresję, za złośliwe i nie na miejscu. Lekarz autorytatywnie wyjaśnił mi, że wkroczyłam w kompetencje personelu szpitala, który jest odpowiedzialny za takie sytuacje. Nie miałam prawa zamknąć tych drzwi i postąpiłam bardzo nieetycznie, wręcz karygodnie!
Dziś to wydarzenie i jego interpretacje przez Daniela i lekarza widzę jako symbol mojej sytuacji.
Staram się, chcę dobrze, reaguję spontanicznie, a odbierana jestem jako agresywna, niemiła i złośliwa.
I tak to jest.
Jak zmyć te pomyje i gdzie utopić smutek?
Uderzył mnie na przykład jeden fragment z rozmowy. Daniel skarżąc się (wcześniej) lekarzowi, jaka to ja nie jestem okropna przytoczył takie wydarzenie:
Podczas jednej z moich wizyt przechodziliśmy obok szpitalnej palarni, pełnej - w tym momencie - i mocno zadymionej. Była otwarta, więc ją zamknęłam mając na względzie pozostałych, którym ten dym mógł przeszkadzać. Nie miałam żadnej złej intencji, ot zwykły odruch, ten sam, kiedy np. przechodzę w szkole naszych dzieci koło kibelka, którego drzwi są otwarte i dla ogólnego bezpieczeństwa je zamykam.
A tu okazało się, że Daniel uznał to za agresję, za złośliwe i nie na miejscu. Lekarz autorytatywnie wyjaśnił mi, że wkroczyłam w kompetencje personelu szpitala, który jest odpowiedzialny za takie sytuacje. Nie miałam prawa zamknąć tych drzwi i postąpiłam bardzo nieetycznie, wręcz karygodnie!
Dziś to wydarzenie i jego interpretacje przez Daniela i lekarza widzę jako symbol mojej sytuacji.
Staram się, chcę dobrze, reaguję spontanicznie, a odbierana jestem jako agresywna, niemiła i złośliwa.
I tak to jest.
Jak zmyć te pomyje i gdzie utopić smutek?
piątek, 3 września 2010
Negocjacje
Właśnie wróciłam z 'sesji terapeutycznej', czyli rozmowy z Danielem pod okiem jego lekarza prowadzącego w szpitalu. Czuję się, jakby nałożono na mnie dodatkowa odpowiedzialność i ciężar.
"On jest chory, dla niego takie drobiazgi mają znaczenie".
" Czy może pani popracować u siebie nad tym i nad tym?"
"Proszę nie obarczać męża obecnymi problemami rodzinnymi, że nie ma pani za co kupić dzieciom jeść i nie ma czym regulować zobowiązań, bo mu się nastrój pogarsza..." itp.itd.
Fuck, fuck i fuck. Przepraszam! Niedobrze mi, jestem wściekła!
Jak tylko ureguluje się moja sytuacja zawodowa i finansowa, jak tylko będę pod tym względem samowystarczalna, odejdę. Nie dam się tak poniżać, deprecjonować, zmuszać.
Teraz popracuję nad tym, aby jak najszybciej wrócił do swojej roboty i mógł regulować płatności. Ja sobie będę zarabiać na boku i stabilizować na rynku pracy. Kiedy będę gotowa, powiem bye, bye!
"On jest chory, dla niego takie drobiazgi mają znaczenie".
" Czy może pani popracować u siebie nad tym i nad tym?"
"Proszę nie obarczać męża obecnymi problemami rodzinnymi, że nie ma pani za co kupić dzieciom jeść i nie ma czym regulować zobowiązań, bo mu się nastrój pogarsza..." itp.itd.
Fuck, fuck i fuck. Przepraszam! Niedobrze mi, jestem wściekła!
Jak tylko ureguluje się moja sytuacja zawodowa i finansowa, jak tylko będę pod tym względem samowystarczalna, odejdę. Nie dam się tak poniżać, deprecjonować, zmuszać.
Teraz popracuję nad tym, aby jak najszybciej wrócił do swojej roboty i mógł regulować płatności. Ja sobie będę zarabiać na boku i stabilizować na rynku pracy. Kiedy będę gotowa, powiem bye, bye!
wtorek, 31 sierpnia 2010
Pada deszcz i pada nastrój
Pogoda iście listopadowa. Zimno, wilgotno, mroczno.
Zleceń nie dostaję, ofert współpracy też nie.
Zrobi się wreszcie jaśniej w moim życiu, czy nie?
Niech coś wreszcie zaiskrzy!
Zleceń nie dostaję, ofert współpracy też nie.
Zrobi się wreszcie jaśniej w moim życiu, czy nie?
Niech coś wreszcie zaiskrzy!
Subskrybuj:
Posty (Atom)
