Modliłam się dzisiaj żarliwie o jakiś cud, o uzdrowienie, o rozjaśnienie umysłu, o rozwiązanie sytuacji.
Około 14.00 zadzwonił nieznany numer, a kiedy odebrałam, odezwał się Daniel.
- Czy możesz przyjść porozmawiać?
- Mogę, ale nie chcę już słuchać, że to moja wina i że ja jestem wszystkiemu winna.
- OK. Przyjdź, to porozmawiamy. Przyjdziesz?
- Przyjdę, jak zrobię dzieciom obiad.
Czyżby 'cud', czyżby coś do niego dotarło, coś mu się rozjaśniło? Tak bardzo chciałam w to wierzyć, ale intuicja we mnie drżała, nie dowierzała i bała się.
Poszłam z 'duszą na ramieniu'.
Czekał w korytarzu. Poszliśmy do świetlicy, gdzie nikogo nie było.
No zaczął od nowa swoją 'gadkę': jestem niedobra, niemiła, nie wspieram go, doprowadziłam go do takiego stanu, jestem winna, winna, winna. Muszę się zmienić według jego wymagań, bo jeśli nie, to on tym razem skutecznie odbierze sobie życie. A jeśli nie, to odejdzie, wynajmie sobie pokój i będzie żył osobno. I tak w koło Macieju.
To, co mówiłam obracał na moją niekorzyść. W końcu wstał i poszedł sobie. ja też wstałam i zdruzgotana wyszłam ze szpitala.
Nie wiem, czym to się skończy. Co w tej jego chorej głowie się teraz wykluje, jakie podejmie decyzje.
Nie wiem, czy postąpiłam właściwie. Może znowu powinnam był robić dobra minę do złej gry i udawać, że jakoś to będzie.
Nie jest dobrze, a może być dużo gorzej. To kwestia dni, w jakim kierunku potoczy się akcja tego naszego życia.
niedziela, 15 sierpnia 2010
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

0 komentarze:
Prześlij komentarz