Kolejny raz jest obrażony i traktuje mnie, jak śmiecia. To ja jestem winna, że on jest obrażony, bo ośmieliłam się tym razem stanąć w obronie mojego dziecka. Dziewczyna z osiedla rzucała w nią jajkami. Mnie to wzburzyło, więc krytykowałam postawę jej i jej rodziców. Danielowi się to nie spodobało i wyzwał mnie, a potem urażony przestał się odzywać.
Dziecinada, prawda?
Ale ja tak mam od 10 lat. Muszę ustępować, bo wypada, żeby ktoś zachowywał się racjonalnie. Jednak takie ustępowanie przeze mnie doprowadziło do manipulacji. Dzięki chorobie wszystko zawsze mu się upiekło. Ale w pewnym momencie zabrakło we mnie 'paliwa'. Nie da się w nieskończoność brać wszystkiego na siebie, udawać, że nic się nie stało, wybaczać, choć nikt nie prosi cię o wybaczenie. Zużył we mnie całe pokłady empatii, współczucia, nadziei, miłości i życzliwości. Na koniec wyzwał mnie od najgorszych i stwierdził, że nie chce być ze mną.
Z mojej strony o mało nie powiedziałam 'hurra!'. W końcu jednak powiedziałam, że 'Odejdziesz, ale wtedy, kiedy wyrównasz pozaciągane długi.'
Wiem, że kiedy zostanie sam, wpadnie w depresję i może sobie coś zrobić. W najlepszym wypadku wyląduje na wiele miesięcy w szpitalu na oddziale zamkniętym. A ponieważ nie mamy intercyzy, wierzyciele zgłoszą się do mnie, choć nie zgłaszali się, kiedy udzielali mu kredytów.
Daniel ma hopla na punkcie pieniędzy. Nie umie oszczędzać. Wydaje wszystko, co ma na bieżąco, a sporo na kredyt. Doprowadził do sytuacji, że jesteśmy zapętleni w długach. Kiedy on wyląduje w szpitalu, ja nie udźwignę wszystkich zobowiązań. Oto dlaczego jestem zmuszona tkwić w tym patowym położeniu.
Jakieś rady?

0 komentarze:
Prześlij komentarz