Ostatni tydzień miałam straszny i to w dosłownym tego słowa znaczeniu.
W środę po południu niespodziewanie, jak nigdy wcześniej, miałam koszmarny atak bólu w okolicach mostka. w minutę oblałam się ciężkim potem, nie mogłam złapać oddechu i nie mogłam znaleźć żadnej dogodnej pozycji. Odczuwałam to jak ból w żołądku, więc nie mogłam zażyć żadnego leku. Po ponad pół godzinie męki, poprosiłam, aby 11-letni syn zatelefonował po pogotowie. Przyjechali sami sanitariusze, nic nie mogli mi pomóc tylko chcieli zabrać do szpitala. Odmówiłam i zażyłam według ich sugestii dwie No-spy i coś przeciwbólowego. Zapytałam, czy na taki żołądek jest sens, ale nie odpowiedzieli. No dobra, nie będę Was zanudzać szczegółami.
I tak wylądowałam na izbie przyjęć. Zrobiono mi błyskawiczne badania i koniecznie chciano zamknąć na oddziale. Dzieci przerażone siedziały i czekały na wyrok. Nie są takie małe, ale nikt z nas nie był przygotowany na takie zajście. Widziałam, że im nie jest do śmiechu, a było już około 22.00.
Dopiero ostatnia z lekarzy, kobieta, objęła całość sytuacji, a ponieważ mieszkamy obok szpitala, pozwoliła mi wrócić do domu z zastrzeżeniem, że jakby co to mam natychmiast wołać pogotowie i wrócić do szpitala. Po 23.00, na własnych nogach i całkiem samotnie z badaniami i receptami w ręku, w plastikowych trepkach i w deszczu wróciłam do domu.
Byłam tak naćpana lekami z kroplówek, że kiedy padłam do łóżka, to jeszcze po 16 godzinach byłam nieprzytomna i miałam problemy z dobudzeniem się. Ból na szczęście odpuścił. Wykupiłam leki, zażywam je i funkcjonuję. Ale co to mogło być!?
Daniel był przez kilka godzin w domu na przepustce. Ganiał mnie przez cały tydzień: a to potrzebował picia, a to ciuchów. Załatwiliśmy mu mobilny Internet i dostał pozwolenie na pracę w szpitalu na laptopie. Wczoraj zaniosłam mu laptopa na kilka godzin, a o 18.00 miałam go odebrać (nie chce go zostawić w szpitalu). Zatelefonował pół godziny wcześniej i zażądał, bym natychmiast przyszła odebrać komputer. Burzył się, kiedy powiedziałam, że coś robię i muszę to skończyć. Dotarłam do niego jeszcze prze 18.00 i mówię spokojnie:
- Widzisz, byliśmy omówieni na 18.00, a jest za pięć. Nie powinieneś się tak na mnie złościć. Wzięłam laptopa, a wychodząc zażartowałam do dyżurnych (bo ja lubię żartować), że teraz jestem firma transportową. Uśmiechnęliśmy się do siebie i poszłam sobie.
Po 19.00 zatelefonował Daniel i wściekły poinformował, że jak śmiałam się tak zachowywać i że w związku z tym mam mu więcej nie przynosić laptopa....
Poryczałam się. Ręce mi opadły.
To ja wbrew sobie (dla dobra dzieci) robię wszystko, by go uruchomić, by coś zaczął robić. Znoszę jego instrumentalne traktowanie, naprawdę się staram, a on jeszcze ma pretensje.
Córka i przyjaciółka poradziły mi, bym odpuściła. Nie odzywała się do niego. Że to już nie jest sama choroba, ale wygodnictwo i zwykłe chamstwo.Niech siedzi w tym szpitalu i bąki zbija! Mam się wziąć za siebie. Nie zamartwiać się narastającymi długami.
Nie wiem, czy z tymi wszystkimi monitami sobie poradzę?
I taki oto był mój tydzień.
poniedziałek, 20 września 2010
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

2 komentarze:
To był atak nerwicy. Tak podejrzewam. Nerwica zaawansowana tak właśnie sie objawia.
Twoje zycie w ciagłym stresie, niepewnosc jutra i choroba meża doprowadziły do tego.
Trzymaj sie i dbaj o siebie. Spróbuj znaleźć sposób na zrelaksownaie się, oderwanie..
Odnośnie zdrowia,to dziwię się,że pytasz,bo lekarz na Izbie Przyjęć powinien Ci powiedzieć na odchodne co Ci dolega..Jeśli to żołądek,to powinnaś brać na stałe przez jakiś czas leki,aż się wyciszy,lekarz na Izbie powinien wydać Ci receptę.A jeśli nerwica,jak Rzabka sugeruje to powinnaś tez być pokierowana przez lekarza Izby co dalej robić.Jeśli dostałaś na odchodne kartęinformacyjną,powinno tam pisac.
Zachowanie męża nie przejmuj się! Ty się poryczałaś ? ja bym mu odpowiedziała do słuchu!To co on mówi,zawsze sobie podziel przez 3 ,albo przez 30!on jest chory,a Ty dbaj o siebie,jednym uchem wpuszczaj a drugim wypuszczaj i byle do przodu!
Prześlij komentarz